Zagniatać czy nie zagniatać?

A dokładnie robić więcej rzeczy samodzielnie w domu, czy kupować? Pytanie na pierwszy rzut oka banalne ale „pofilozujmy” przez chwilę :). Zapewne większość z nas odpowie, że część robić część kupować. Mamy swoje ulubione rzeczy, które w łatwy i szybki sposób możemy przygotować na co dzień lub jakiś numer popisowy, który lubimy robić od święta.  Niekiedy samodzielne przygotowywanie większości jedzenia jest podyktowane względami zdrowotnymi jak na przykład alergia. No właśnie ale czy tylko choroby czy inne stany (nietolerancje, alergie itd.) powinniśmy traktować jako „względy zdrowotne”? Intuicyjnie zdajemy sobie sprawę, że potrawy przygotowane w domu z reguły są zdrowsze (mamy wpływ na składniki, z których są przygotowywane, w jedzeniu ląduje mniej konserwantów i innych polepszaczy itd.). No ale tutaj naszym wrogiem jest czas, czas, czas… a zdarza się, że i pieniądze, szczególnie jeśli kupujemy składniki specjalnie do jakiegoś dania a potem reszta opakowania stoi sobie i stoi czeka ale się nie doczeka i ląduje w koszu.

Zatem czas i pieniądze. A jeżeli pomyślimy ile czasu i pieniędzy możemy w ten sposób zaoszczędzić jeżeli unikniemy chorób, które są związane ze złym odżywianiem – cukrzyca, schorzenia układu krążenia, otyłość, awitaminozy, próchnica, osteoporoza, mam wymieniać dalej? Szybciej i niekiedy taniej jest kupić coś gotowego ale osobiście uważam, że powinien to być raczej wyjątek niż reguła. Nie lubię generalizować, w szczególności jeżeli mam przypisać ludziom jakąś negatywną cechę, ale pokuszę się o stwierdzenie, że my w ogóle mamy słaby stosunek do jedzenia i cierpi na tym nasze zdrowie, środowisko naturalne (za dużo opakowań, chemii w pożywieniu a potem lekarstw, które trafiają do środowiska) ale też relacje z innymi ludźmi. Wspólne gotowanie a potem wspólne posiłki to wspaniała okazja na spędzenie czasu razem. Jest to również sposób aby na przykład pokazać dzieciom jak powstaje jedzenie lub włączyć je aktywnie w obowiązki domowe. Dzieci również chętniej jedzą posiłek, który pomogły przygotować. Wszyscy nabieramy szacunku do spożywanego jedzenia. Zastanów się przez chwilę przez ile możemy zjadać takie poświąteczne resztki i na dodatek większość powie że „przegryziony” bożonarodzeniowy bigosik czy sałatka jest jeszcze smaczniejsza niż zaraz po przygotowaniu. Teraz pomyśl ile gotowego jedzenia wyrzucamy. Czasami chodzi po prostu o to, że następnego dnia już średnio nadaje się do spożycia a czasami o to, że jeżeli sami nie zainwestowaliśmy czasu w jego przygotowanie łatwiej nam nakarmić nim kosz.

No więc zagniatać ale nie wszystko i nie za wszelką cenę. Jedno jest pewne, po jakimś czasie mimowolnie dochodzimy do pewnych uproszczeń i trików, które pozwolą nam na łatwiejsze i szybsze gotowanie. Każdy gotuje na trochę inny sposób, inaczej rodzina z trojgiem dzieci inaczej singiel, inaczej rodzina gdzie jedna osoba nie pracuje lub pracuje na część etatu inaczej rodzina gdzie wszyscy dorośli pracują. Po kilku tygodniach każdy wypracuje jednak swoje kuchenne „life hacks”.

A to moje:

– planować, planować, planować ile się da, jeżeli zaoszczędzisz jedną „wycieczkę” do sklepu będziesz miał więcej czasu na gotowanie

– kilka gotowców lub ekspresowych dań w zamrażarce lub słoiku (sos boloński, kotlet, leczo warzywne, słoik rosołku)

– w miarę możliwości różne przetwory przygotowane w sezonie (dżemy, kompoty, sałatki, ogórki, musy, leczo, pomidory w kawałkach) lepiej i bezpiecznie zrobić małe partie różnych przetworów niż przytłaczać się myślą, że trzeba naraz zrobić 20 kg ogórków a potem się okazuje, że akurat jakieś słabe ogórki trafiliśmy i wszystko do wyrzucenia. Małe partie to również możliwość wypróbowania różnych przepisów i wybrania tych najlepszych

– kilka mrożonych dodatków: zioła czy natki (o ile łatwiej wyciągnąć słoiczek i naskrobać sobie odrobinę do przygotowywanej potrawy, niż kupić, umyć, skubać, siekać garstkę a potem nie daj Boże zostawić resztę na zmarnowanie w lodówce), słoiczek startego parmezanu, trochę mrożonych owoców i cała gama rzeczy, które możemy zamrozić w postaci kostek – mleko roślinne, bulion a nawet wino (do drinków ale i do gotowania – wiem, wiem akurat wina nigdy nie spotka los napoczętego słoiczka przecieru pomidorowego, jakoś dziwnym trafem ono nigdy się nie zmarnuje nawet jeżeli do przepisu potrzebujemy tylko odrobinę) a jeżeli o koncentracie pomidorowym mowa to i on – ważne żeby najpierw sobie zamrozić po łyżce wyłożonej na talerzu a potem zsypać sobie to do słoika – o wiele łatwiej oddzielić potem taką porcję i wrzucić do zupy czy sosu.

No i na koniec kaska. Takie tortille. Dlaczego mamy zapłacić za 4 placki z pszenicy, wody i oleju, o łącznej wadze powiedzmy 240g między 5 a 10 PLN? Na marginesie – wrzuciłam w wyszukiwarkę tortille, żeby sprawdzić cenę i taki skład znalazłam dla pierwszej z brzegu:

  • mąka pszenna (60%)
  • woda
  • oleje roślinne (palmowy, rzepakowy)
  • tłuszcz roślinny (palmowy) częściowo utwardzony
  • substancja utrzymująca wilgoć: gliceryna
  • mix piekarniczy (glukoza, sól, substancje spulchniające: difosforan disodowy, wodorowęglan sodu; emulgator: mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, regulatory kwasowości: kwas jabłkowy, kwas cytrynowy; stabilizator: guma ksantanowa, substancje konserwujące: propionian wapnia, sorbinian potasu)

Myślę, że komentarz jest zbędny.

Dodaj komentarz